wtorek, 22 marca 2016

Sprzedajne dusze


Nielegalnie (gry nie ma jeszcze w sklepach) wzięłam na zajęcia Na sprzedaż.
Gra o kupowaniu i sprzedawaniu domów....
Wzięłam będąc pewna, że sensu to nie ma za grosz. Ośmiolatki i gra licytacyjna.
Ale pomimo to wzięłam. Pokazałam. Z trudem wytłumaczyłam bo dzieciaki miały ataki śmiechu na widok domu z kartonu i tzw sławojki.
Wydawało się, że nie dadzą rady. Ale to ja nie dałam rady ich oderwać od gry. Grali jak szybcy i wściekli. Podkładając sobie po prostu świnie, przebijając gdy ktoś już nie miał kasy. Małe mózgi doskonale wiedziały kto co kupił bo ZAPAMIĘTYWAŁY OBRAZKI!!!

- O, ty masz ten żałosny karton ziom.
- Pałacu ci się chce, nic z tego.
- Sam se kup kibel idioto.
- Nieeee, nie mieszkam w takim!

itd itp

Zajęcia się skończyły a oni dalej grali.
Dzisiaj pewnie będzie tak samo.

A ja muszę przyznać, że bardzo ładnie udało nam się gry 2pionków wybrać. Naprawdę nam działają. Sprawdzam to co tydzień. I co tydzień widzę, że naprawdę dzieciaki nie mają problemu ze zrozumieniem reguł i tłumaczeniem ich sobie nawzajem.




piątek, 18 marca 2016

Psze Pani nie po łapach

Byłam w tym tygodniu na pewnym wydarzeniu na które przybyli ludzie nie mający kontaktu z grami planszowymi. Ot, jakieś tam chińczyki czy grzybki to i owszem.

Po wstępnych krokach nieśmiałych rozpętała się zabawa....

- Psze pani, te świnki to można im też te domki niszczyć, prawda?
- Psze pani, on mnie wyprzedza a żółw nie jest wcale taki szybki!
- Psze pani pani mu powie, że ta Baba Jaga to nie miała bić po rękach!
- Zdrajca! On jest zdrajcą! Wpuścił potwora!
- Zwariowałeś? Co z tego, że masz długą krowę? Taka długa ma długi brzuch i będzie dużo jadła!
- Jak to czas do tyłu?! Nie da się tak! Sam se regułę!

A w kąciku siedziała sobie pewna grupka, która przez kilka godzin grała w Tajemnicze Domostwo.
A w drugim kąciku druga grupka grała przez kilka godzin w Resistance....

A ja sobie siedziałam i się napawałam. Uwielbiam te momenty, gdy ludzie po raz pierwszy mają kontakt z grami i słyszę "ale to fajne jest, nawet nie wiedziałem/am".

Bo to fajne jest, prawda?


wtorek, 15 marca 2016

Londyn nasz

W poprzedni  piątek ruszyliśmy wraz z Trzewikiem i Lenką w drogę do Londynu.
Na lotnisku okazało się, że lecąc liniami Wizzair musimy dopłacić za bagaż. Nasz był jakiś taki za duży ale nadal mały w moim odczuciu.
Ale to jeszcze nic.
Polecieliśmy. A z lotniska droga długa.  Bo jeszcze metro. I Baker Street. I prawie Holmesa widziałam. I jeszcze Paddington. Nazwy cudne. Znane z tylu filmów i książek.
A potem się okazało, że jeszcze pociąg. Do Reading. W sumie 11 godzin podróży. Dojechaliśmy padnięci późnym wieczorem. Na ulice pełne kibiców i panienek w spódniczkach bardzo mini i z gołymi nogami w sandałkach. A zimno było....
Ale to jeszcze nic. Że te panienki i nogi.

Byliśmy tam na dziesięcioleciu sklepu z grami planszowymi Eclectic Games.

Po zmęczonym piątku i bardzo udanej sobocie, nastąpiła niedziela. Samolot nasz był o 20.20. Luzik, masa czasu. Ale...coś nas tknęło. Ruszyliśmy o 14. Tak na wszelki wypadek. Oczywiście w międzyczasie dopłacając za zbyt duży bagaż. W moim odczuciu nadal mały.
Ceny biletów na pociąg w UK to dramat straszny. Za trzy osoby, za pół godziny jazdy 50 funtów!!!

No nic. Wsiedliśmy. Nawet z biletami.
A potem biegaliśmy po Baker Street szukając autobusu na lotnisko.
A gdy autobus dojechał spóźniony to zaraz chwilę potem stanął w korkach.

A że korki, że niedziela, to na lotnisko wbiegliśmy 10 minut przed końcem odprawy....
I zgubiłam szalik mój zielony. Ulubiony.
Ale to jeszcze nic...

Po drodze pilot odezwał się w słowa:
"pogoda ładna, ale coś tam się zmienia, może być, że polecimy na lotnisko sąsiednie, nie martwcie się, paliwa TROCHĘ mamy"
Ale to jeszcze nic.
Wylądowaliśmy. Prawie o czasie i nawet w Katowicach.
Następnie zgubiłam okulary do czytania.
Ale to jeszcze nic.
Dojechaliśmy do domu około pierwszej w nocy. Padnięci.
I wtedy stało się jasne...

- Merry, czy ty mi spakowałaś ciastka, które dostałem od fanow?
- Nie.

środa, 5 sierpnia 2015

GenCon 2015

GenCon 2015 za nami.
Byliśmy na tej ogromnej imprezie po raz trzeci.
I tak jakoś się składa, że ostatnimi czasy więcej nas za oceanem. A pomimo tego, wciąż mnie to dziwi. Ten ocean taki ogromny. A my tak przez niego po prostu hop i już?
Uwielbiam podróżować. Uwielbiam być w drodze. Uwielbiam latać. Uwielbiam ten pośpiech lotniskowy.
Przed GenConem spędziliśmy kilka bardzo udanych dni u przyjaciół w Chicago. Pograliśmy.
A ja się oczywiście zakochałam. Od prawie pierwszego spojrzenia.
Tak naprawdę to od drugiego bo grę o której mówię, Arboretum, wypatrzyłam sobie już na targach w UK ale nie miałam czasu w nią zagrać.
Udało mi się w Chicago. Cóż, o miłości ciężko pisać. Albo się kocha ślepo albo nie.
Trzewik oczywiście gry tej nie cierpi. Ale nie pytam czemu. Nie chcę wiedzieć.


A GenCon?
GenCon to ogromna, przeogromna impreza. I o ile za pierwszym razem czułam się tam zagubiona, to teraz czuję się tam prawie jak na naszym Pionku. Z powodu ludzi oczywiście. Ludzi, których znaliśmy wcześniej tylko z internetu a od trzech lat znamy osobiście.

Gdyby nie ci ludzie to GenCon, jak i każdy inny con, byłby nie do przetrwania. Bo jak wytrzymać jedenaście godzin dziennie na stoisku, stojąc i mówiąc? Nie da się.

Zaliczyłam też wpadkę. Towarzyską. Aż mi do dzisiaj głupio. W ostatni dzień wszyscy przychodzą się pożegnać. Przyszła też nasza ulubiona ekipa z Matagot...z kimś, kogo nie znam. Wyściskaliśmy się, pożegnaliśmy. W końcu wyciągam rękę do tego kogoś, kto z nimi przyszedł i mówię:
"Nie znam cię ale też do zobaczenia".
Na to ten ktoś odpowiada cicho i raczej nieśmiało:
"Jestem autorem Lewisa i Clarka"
...kurtuna na głupotę moją.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Lubię zbiegi.

Lubię Facebooka. Niby ma wiele wad ale masz też cudowną zaletę - umożliwia kontakt z ludźmi, nawiązywanie nowych znajomości. Och, owszem, często tylko wirtualnych . Ale co z tego? Że niby nie wiem, kto się czai po drugiej stronie? No ok, nie zawsze wiem. Ale mam takie super kryterium oceniania, czy chcę z kimś się wirtualnie znać czy nie...
Gdy dostaję zaproszenie od kogoś, zawsze sprawdzam, czy ten ktoś gra w gry planszowe. Jeżeli gra, to to przecież jest NASZ CZŁOWIEK.
Społeczność graczy wprawdzie rośnie ale nie oszukujmy się, nadal jesteśmy niszą. Zatem, gdy ktoś w Polsce gra, jest nasz i już.
Ruszam dzisiaj do Bułgarii. Byłam tam ostatni raz jako dziecko i raczej wtedy nie grałam. Ruszam dzisiaj do Bułgarii i zbadam grunt, czy w takim wściekle zaludnionym kurorcie jakim jest Słoneczny Brzeg, znajdę graczy?;-)
Jestem wyznawczynią teorii, że życiem rządzą zbiegi okoliczności. Ja na nie zawsze liczę i zawsze się to sprawdza.
Zatem wyruszam na poszukiwania kolejnych zbiegów....okoliczności. W walizce na wszelki wypadek upchnęłam gry.

środa, 8 lipca 2015

Co wy tu właściwie robicie?

Muszę przyznać, że o ile jestem przyzwyczajona do dziwnych pytań ludzi  i do ich niedowierzania, gdy mówię, że NAPRAWDĘ  moja praca to gry planszowe to i tak nadal mnie to bawi. I chyba nigdy bawić nie przestanie.
Cały poprzedni weekend spędziliśmy w pobliskim centrum handlowym. W sobotę trzynaście godzin, w niedzielę jedenaście. Męczące. Ale i zarazem przyjemne bo towarzystwo mieliśmy zacne i rozrywkowe.
Ponieważ jest lipiec, pogoda bardzo plażowa to i ludzie wakacyjni i plażowi. W sobotę do południa nie odwiedził nas nikt. Ludzie tylko wpadali do Auchan po piwo i pędzili nad wodę. Po południu już jakby pęd grillowy się skończył. Zaczęli się pojawiać ludzie. Żywi, prawdziwi ludzie. Z prawdziwymi, żywymi słowami:

- Co wy tu macie?
- Gry planszowe, tak po prostu?
- Wszedłem bo przeczytałem plakat i nie wierzę.
- Babciu, kup mi grę! Dziecko, chodź po klocki!
- O, grałem kiedyś w Talizman.
- Jak to gry planszowe dla dorosłych?
- Ty, patrz jakie dziwne.
itd itp

W niedzielę natomiast już cały dzień graliśmy. Och, jasne, że nie było tłumów. Ale przez cały dzień ktoś u nas grał. A było, że i na kilka stołów tłumaczyliśmy reguły. I nawet mieliśmy jednego chłopaczka, który przyszedł do nas w sobotę i dosłownie zamieszkał. Opuścił nas w niedzielę wieczorem. Siedział i grał. Chyba nawet nic nie jadł.
Spotkanie z grami planszowymi w centrum handlowym...dziwny stwór. Stwór, który może na jesień trochę podrośnie.


piątek, 3 lipca 2015

Czy to możliwe?


Czy to możliwe, że gry planszowe coraz częściej pojawiają się w miejscach w których jeszcze do niedawna nikt o nich nie słyszał.
Czy gdyby dziesięć lat temu, ktoś wam powiedział, że w pobliskim centrum handlowym będzie weekend z grami planszowymi, to uwierzylibyście?
Ja na pewno nie. Jeszcze kilka lat temu, gdy ktoś pytał, czym się zajmujemy, było ciężko się wytłumaczyć.
A teraz...teraz nawet Lena nie ma problemu z wytłumaczeniem w szkole, czym się zajmuje jej tata.
Gry planszowe od pewnego czasu są wszechobecne. A jutro przed nami próba ogniowa.
Czy uda się zrobić spotkanie z grami w centrum handlowym?
Czy to się uda? Przyznam, że jestem pełna niepokoju. Niby powinno być super, mamy dużo stołów, mamy tam klimatyzację, tuż obok są restauracje itp. Niby wszystko jest. Ale jest też lipiec. Upalne dni, ludzie nad wodą...
A gry planszowe to już nie to co kiedyś, skończyła się era geeków, którzy woleli nie jeść a grać. Nie spać a grać.
Nic to. Zobaczymy jutro, czy geeki nadal są i przyjdą pograć.
Do zobaczenia!